czwartek, 30 października 2008

Cote d’Azur


Na przełomie października i Listopada we Francji uczniowie oraz studenci mają tydzień wolnego tzw Toussaint, czyli Wszystkich Świętych. Postanowiliśmy nie marnować takiej okazji na siedzenie w akademiku i uczenie się mechaniki. Przygotowania do podróży zaczęliśmy tydzień wcześniej. Aby zwiedzić jak najwięcej i być niezależnym od rozkładu pociągów i autobusów zaczęliśmy szukać taniej wypożyczalni samochodów. Ceny wahały się w okolicy 250 euro za 5 dni, a w Hertz policzyli mi nawet 589. Najtaniej wypadł Budget – 178 euro za nowego Seata Leona wraz z ubezpieczeniem. Drugą zaletą była lokalizacja wypożyczalni – 5 min od akademika.

Myślą przewodnia naszej wycieczki było „zwiedzić jak najwięcej jak najmniejszym kosztem”. Dowiedzieliśmy się o taniej sieci hotelowej Formuła - hotelf1.com. Oczywiście postanowione było że śpimy w 3osobowym pokoju w 5 osób. Ceny pokoju od 29 do 38 eur w zależności od lokalizacji hotelu. Zaplanowaliśmy pierwszy nocleg w Marsylii i złożyliśmy rezerwację przez Internet.

Wyruszyliśmy w piątek po przerwie obiadowej. My czyli Dorota, Ewa, Dorota z PG, Agnieszka z UP i ja. Prawie wszystkie autostrady we Francji są płatne – ok. 10 euro za 100km. Jechaliśmy więc drogami pobocznymi które są bardzo często wzdłuż autostrad tyle że zahaczają o większe i mniejsze miejscowości. Do pierwszego punktu naszej podróży dotarliśmy po 5 godzinach jazdy. W zupełnych ciemnościach podziwialiśmy pięknie oświetlony Pont du Gard – słynny akwedukt jeszcze z czasów rzymskich. Znajduje się on pomiędzy miastami Avignon i Nimes. Ten dorobek cywilizacji jest dziś nie lada atrakcją turystyczną. Całe zwiedzanie jest profesjonalnie zorganizowane: wielki parking (5 eur), park dokoła, sklep z pamiątkami a także multimedialna prezentacja o historii akweduktu. Oczywiście nie mogliśmy skorzystać z tych atrakcji o tak późnej porze.

Nasza podróż się przedłużała i baliśmy się spóźnić do hotelu aby nie stracić rezerwacji, więc wyskoczyliśmy na autostradę na odcinku z Avignon do Marsylii. W centrum miasta byliśmy ok. 23, niestety zajęło nam godzinę znalezienie naszego hotelu. Wszystkie hotele F1 są budynkami z systemowych płyt i mają taką samą architekturę różnić się mogą jedynie ilością skrzydeł. Portiernia jest czynna 24h na dobę. Zamówić można śniadanie – bardzo drogie 3,9 za osobę. Pokój jest niewielki, mieści jednak lóżko dwuosobowe, pojedyncze łóżko piętrowe, telewizor, małe biurko, krzesło i umywalkę z lustrem. Toalety i prysznice są na korytarzu. Najważniejsza rzecz – nie dostaje się klucza do pokoju tylko kod, który otwiera jeszcze bramę na parking i wejście główne do budynku gdyby portiernia była nieczynna. Często te hotele zlokalizowane w okolicach centrów handlowych.

W sobotę z samego rana pojechaliśmy na zwiedzanie Marsylii. Obawiałem się o drogie parkowanie ale udało się znaleźć bezpłatne miejsce w niewielkiej odległości od centrum miasta. Będąc w miejscu turystycznym we Francji warto od razu udać się do biura turystycznego – można dowiedzieć się co jest do ciekawego do obejrzenia oraz za darmo otrzymać plan miasta. Tak też postąpiliśmy w Marsylii i innych miastach. Marsylia jest miastem typowo portowym – jest to drugi pod względem wielkości port w Europie. Stare miasto skupia się dookoła starego portu w którym parkują mniejsze łodzie i jachty a także stateczki oferujące kursy po okolicznych wyspach. Po krótkim spacerze wg punktów zaznaczonych na mapie w biurze turystycznym trafiliśmy na wystawę muzeum z czynna wystawą Van Gogha i Monticelli. Nawet wstęp za 4 euro nie powstrzymał nas przed obejrzeniem dzieł wielkich mistrzów na żywo. W drugiej połowie dnia zwiedziliśmy fort Świętego Mikołaja i Ogrody Książęce. Przed zachodem słońca weszliśmy na górującą na miastem katedrę Notre Dame. Z wysokości można było ogarnąć wzrokiem całą Marsylię a także zobaczyć piękny zachód słońca.

Pożegnaliśmy Marsylię nad ranem i wyruszyliśmy na Lazurowe wybrzeże. Po drodze minęliśmy miasta Cassis (słynne z białego wina) i Toulon. Przed południem dotarliśmy do Saint Tropez – miasteczko znane m.in. z serii Przygód Żandarmerii z Louis de Fines. Samo miasto nie zrobiło na nas wrażenia – w niedzielę w każdej prawie miejscowości odbywa się targ w Saint Tropez również. Było dość tłoczno i głośno więc zrezygnowaliśmy ze zwiedzania a zamiast zrobiliśmy piknik na plaży. Sprawdziliśmy też temperaturę wody Morza Śródziemnego pod koniec października. Porównać mogę z Jeziorem Solińskim latem, które jest zimniejsze. Tego samego dnia pod wieczór wstąpiliśmy do Cannes – miasteczko które gości co roku prestiżowy festiwal filmowy. Przed Pałacem Festiwalowym umieszczone są odciski dłoni gwiazd filmowych i słynnych reżyserów m.in. Andrzeja Wajdy, Sharon Stone, Romana Polańskiego a nawet Różowej Pantery. Na zwiedzanie czegokolwiek jednak było już za późno więc pojechaliśmy do hotelu który znajdował się w miejscowości Villeneuve Loubet przy drodze między Antibes i Niceą.

W poniedziałek rano odjechaliśmy trochę od wybrzeża w głąb Prowansji do miasta Grasse. Miasto słynie z licznych fabryk perfum i zostało opisane w bestsellerze Pachnidło. Postanowiliśmy zwiedzić fabrykę Fragonard zachęceni darmowym zwiedzaniem (po angielsku) wraz z przewodnikiem. Fabryka chociaż jest zabytkowa nadal wytwarza niektóre esencje. Poznaliśmy niektóre tajniki sztuki perfumeryjnej – niestety nadal przy wydobyciu zapachu z kwiatów używa się tłuszczów zwierzęcych. Po zwiedzaniu mieliśmy krótką zabawę w rozpoznawaniu podstawowych zapachów a następnie przeszliśmy do sali z gotowymi wyrobami fabryki. Pani zaprezentowała kilka perfum a potem powiedziała że ma dla nas specjalną ofertę – rabat 30% jeśli zakupimy razem 5 perfum. Oczywiście dziewczyny się skusiły na tę promocję: 35 euro za 60ml markowych perfum to chyba niewiele.

Po południu tego samego dnia udaliśmy się do Nicei. Przysłowie głosi „zobaczyć Niceę i umrzeć”. Nie umarliśmy ale miasto jest faktycznie ładne i zadbane. Ma też bardzo długą piękną plażę. W Nicei obejrzeliśmy z zewnątrz zabytkową katedrę prawosławną oraz byliśmy na wystawie Matissa. Wieczorną porą wybraliśmy się na wzgórze w zabytkowej części miasta i podziwialiśmy uroki nocnej Nicei.

Na ostatni dzień naszej wyprawy zostawiliśmy Antibes i Monaco. W Antibes podziwialiśmy nad ranem piękne jachty i łodzie w wielkim porcie. Następnie udaliśmy się do muzeum Picassa. Niestety największych dzieł artysty nie było ale zgromadzone dzieła w pełni ukazywały najbardziej twórcze okresy artysty. Antibes zachwyciło nas najbardziej malowniczymi uliczkami i klimatycznym nastrojem. Około południa dojechaliśmy do Monaco – w tym państwie wybraliśmy do zwiedzenia tylko jedno miasto Monte-Carlo. W tym mieście każdy szczegół jest dopracowany – miejsca jest niewiele więc budynki jakie powstają zachwycają architekturą i bogactwem. Nawet przejście podziemne jest wyłożone różowym marmurem. Zobaczyliśmy budynek słynnego kasyna tylko z zewnątrz – wejście 10 euro i na pewno nie wpuścili by nas w zwykłych strojach. Niestety zaczął padać deszcz a zwiedzanie czegokolwiek za duże pieniądze nam się nie uśmiechało więc postanowiliśmy zakończyć zwiedzanie.

Powrót zaplanowany do Grenoble zaplanowany był na środę rano. Podpadłem dziewczynom gdy obudziłem je o 3.20 ponieważ zapomniałem przestawić godziny w komórce. Opuściliśmy Lazurowe Wybrzeże o 4.15. Aby zaoszczędzić na czasie, nie przepłacać za autostrady, oraz zmieścić się w limicie kilometrów narzuconym przez wypożyczalnie samochodu wybrałem trasę przez Alpy Prowansalskie. Trzecią część bardzo krętej trasy jechaliśmy w bardzo gęstej mgle. Z jednej strony kilkusetmetrowa przepaść a po drugiej pionowa skała. O świcie dotarliśmy do miasta Digne i dalej skierowaliśmy się szeroką doliną w kierunku Gap. Temperatura systematycznie spadała i za miastem Gap spotykaliśmy samochody z 15cm warstwą śniegu na dachu. Po kolejnej wspinaczce serpentynami zobaczyliśmy śnieg. Następnie śnieg był już nawet na grodze i samochód zaczynał wpadać miejscami w poślizg. Temperatura w wynosiła -1oC. Jechaliśmy tą samą drogą co autobus, który się rozbił 1,5 roku temu… W tej chwili wszędzie są ustawione zakazy wjazdu dla autobusów oraz zalecenia dla kierowców by hamowali silnikiem. Na szczęście wszystko odbyło się sprawnie a my mieliśmy piękne widoki na ośnieżone góry.

Po 7 godzinach jazdy byliśmy z powrotem w Grenoble. Łącznie przejechaliśmy 1230km. Cóż wycieczka była udana – mogliśmy zobaczyć Lazurowe wybrzeże, Marsylię, Pont du Gard, Grasse i to wszystko za rozsądne pieniądze. Polecam serdecznie taki sposób podróżowania po tej okolicy.

sobota, 18 października 2008

Basen

Skoro już się zdeklarowałem że ten blog ma się stać mini przewodnikiem myśle że warto napisać kilka słów o basenie. Basen zlokalizowany jest na terenie kampusu w budynku w którym znajdują się również sale ćwiczeniowe i siłownia. Basen jest tzw olimpijski – ma długość 50m. Jednak w ciągu tygodnia funkcjonuje jako podwójny basen 25m. Wcześniej wspominałem już o karnecie dla studentów 30 eur za 100 wejść ważne przez cały rok akademicki. Bilet jednorazowy kosztuje 1.5eur. Trzeba zaznaczyć że nie liczą tutaj czasu przebywania na terenie basenu – płaci się tylko za wstęp. Do wstępu uprawnia karta magnetyczna która otwiera bramkę automatyczną. Szatnie są takiego samego typu jak w Aquaparku w Krakowie. Szafki zamykane są po włożeniu 1eur – klucz jest na pasku do zapinania na rękę lub nogę. Godziny otwarcia dla osób nie zapisanych na sekcje są ściśle ustalone: w tygodniu można popływać od 12 do 14 i od 17 do 19. W piątek wieczorem można wejść jeszcze od 20 do 22. W sobotę od 12 do 18 (50m), w niedzielę od 10 do 13 (50m).

Niestety wraz z niską ceną idzie w parze duże zainteresowanie. W ciągu tygodnia bywa od 6 do 10 osób na jednym torze 25m. Jest to dość uciążliwe zwłaszcza w przypadku zróżnicowanego poziomu pływających. Wciąż ktoś cię wymija albo jesteś zmuszony do wymijania wolniejszych pływaków. Raz miałem przypadek że przepłynąłem kilkanaście basenów bez osób postronnych. Podstęp był blisko… Ratownik powiedział że tor jest zarezerwowany dla nauki pływania i musiałem się wynieść na tor gdzie już pływało 7 osób… Ale w sobotę o godzinie 14 na basenie 50m na jednym torze było 4 pływaków i wreszcie pływało się dość komfortowo.

Zasady na basenie są proste: czepek jest obowiązkowy, jeśli ktoś nie ma to można wypożyczyć u ratowników (gratis), ponadto zabronione jest pływanie w luźnych spodenkach. Jeszcze jedno – karta magnetyczna nie jest imienna co za tym idzie można ją pożyczać kolegom i dzielić się kosztami :), co też z powodzeniem praktykujemy.

niedziela, 12 października 2008

Rowery


Osobnej uwagi wymaga opis rowerów w Grenoble. Nie wystarczy powiedzieć, że jest to najwygodniejszy, najtańszy, najbardziej ekologiczny środek lokomocji w tym mieście. Chociaż miasto jest stolicą francuskich Alp jest najbardziej płaskim miastem we Francji. Średnia wysokość wynosi 213m npm. Właściwie miasto wypełnia szczelnie dolinę u zbiegu rzek Izery i Drac. Stąd też poruszanie rowerem jest dość łatwe – wystarczy rower miejski nawet bez przerzutek aby sobie nieźle radzić na ulicach. Błąd nie na ulicach. W mieście jest 280 km ścieżek rowerowych. Ścieżki są ulokowane często wzdłuż chodników, czasami wydzielony jest pas na jezdni przeznaczony dla autobusów i rowerów (a nie jak w Krakowie dla taxi), są też drogi rowerowe całkowicie oddzielnie budowane na potrzeby komunikacja rowerowej. Na Izerze jest kilka kładek pieszo rowerowych, a wzdłuż rzeki jest cyklostrada. Takie rozwiązania komunikacyjne pozwalają na bardzo łatwe i szybkie poruszanie się po mieście co też robią nie tylko studenci ale i wykładowcy i inni mieszkańcy niezależnie od wieku.

Bardzo ważnym elementem są też parkingi rowerowe. Znajdują się właściwie wszędzie – przy akademikach, przy każdym budynku uczelni, przy centrach handlowych, przy dworcach lub zwyczajnie na ulicy. Niektóre parkingi dla rowerów są zadaszone, niektóre są też zamykane na klucz (przy akademikach, na dworcu kolejowym). Zapinanie roweru czasami jest ułatwione poprzez zastosowanie specjalnych lin na koła.

Średniostatystyczny rower w Grenoble jest co najmniej kilka razy gorszy niż średniostatystyczny rower w Polsce. Ludzie tu potrafią jeździć na takich sprzętach co w Polsce już dawno leżą na złomie. A smarowanie łańcucha niektórzy cykliści uważają za grzech śmiertelny. Czasem łatwiej taki rower usłyszeć a już dopiero potem go zobaczyć. Więcej tu się też używa rowerów typowo szosowych, kolarki są jak męskie tak i przeznaczone dla kobiet. Są też sportowcy, którzy uprawiają kolarstwo czy to górskie czy też szosowe. Tacy mają sprzęt profesjonalny i raczej nie zapinają swoich rowerów przy ulicy. Bo kradną…

Kradzież rowerów jest tu powszechna. Kradną nie tylko rowery: także siodełka, koła i wszystko co da się szybko zdemontować. Łupem padają rowery każdego pokroju – od nowszych po takie co kosztują 10eur i wyglądają jak zardzewiała kupka złomu. Dorocie zdążyli już ukraść siodełko. Zabezpieczenia przed kradzieżą stosuje się tu różnorakie. Są zapięcia linkowe, sztywne, łańcuchowe z kłódkami, specjalne przegubowe. Jezdnym ze sposobów zabezpieczenia jest też celowe niemycie rowerów – nie rzuca się w oczy. Spotyka się rowery przypięte dwoma, lub trzema zapięciami jednocześnie (rama i każde koło). Bardzo często też zabezpiecza się siodełka przed kradzieżą poprzez zastosowanie cienkiego zapięcia.

Co do zakupu rowerów studentom polecam klub rowerowy o którym już pisałem. Studentkom polecam zakup roweru w komisie – przynajmniej będzie kompletny i wyregulowany. Również na terenie kampusu jest profesjonalna wypożyczalnia rowerów. Można wypożyczyć rower miejski w kolorze żółtym z bagażnikiem i trzema zapięciami. Cena wypożyczenia 3.5 za 1 dzień, 15 za miesiąc i 85 rocznie. Sporo jest sklepów i komisów ze sprzętem sportowym. Działają one często sezonowo – w lecie sprzedają rowery a w zimie sprzęt narciarski i snowboardowy. Kupić można dość niedrogo profesjonalny używany rower szosowy – ceny już od 250 eur za bardzo przyzwoity sprzęt. Widziałem nawet rower szosowy z ramą z włókna węglowego za 500 eur. Oferta wydaje się ciekawa.

Sobie zakupiłem rower górski w komisie. Rower ma ok. 15 lat aluminiową ramę i osprzęt z wyższej półki: cały jest złożony na grupie Deor Shimano. Kosztował mnie 45 eur. Na razie nie znalazłem odpowiedniego zapięcia na ten rower więc trzymam go w pokoju. Myślę że do zwiedzania okolic to będzie najbardziej odpowiedni sprzęt.

sobota, 11 października 2008

Rozpoznanie


W czwartek rano dowiadujemy się, że forum sportowe jest właśnie dziś - ruszamy wiec aby poznać dyscypliny sportowe możliwe do uprawiania w Grenoble. W dużej hali znajdujemy stoiska rożnych dyscyplin. Po krótkich rozmowach przy stoiskach mamy pewna orientacje - basen 30 eur. za 100 wejść przez rok akademicki, siatkówka 25, jest jeszcze m.in judo, joga koszykówka, kajakarstwo, koszykówka, piłka nożna, siłownia.

Przy stoisku narciarskim jest dość tłoczno - nic dziwnego Grenoble jest górską stolicą Francji - podobnie jak Zakopane w Polsce. Karta za 30 eur. upoważnia do zniżek na wyciągi oraz na transport z Grenoble na stacje narciarskie. Ze zniżkami wyciąg kosztuje od 6 do 12 eur za 1 dzien. transport ok 14, wypożyczenie sprzętu ok 15-20 eur dzień lub 100 eur cały rok. Obok tez można zakupić sprzęt - jest wystawa jednego z licznych sklepów i komisów sportowych w Grenoble. Narty 2006 bez rys i dobrze naostrzone, buty Salomona i kijki kosztują 289 eur. Oczywiście tez można zakupić droższy sprzęt. Nie zapisujemy sie tego dnia na żadna sekcje - można to zrobić w każdej chwili.

Z informatora dla studentów Erasmusa dowiadujemy sie o klubie rowerowym, w którym można zakupić używane rowery a także korzystać z narzędzi i porad przy naprawie. Klub ten jest przy tej samej ulicy co nasz akademik i otwarty jest w innych porach niż inne instytucje: od 11.30 do 14.30 i od 17.30 do 20.30 każdy wtorek, środę i czwartek. Klub wygląda jak duży garaż, przed bramą którego lezą mniej lub więcej kompletne rowery, w środku na dole jest warsztat właściwy a na antresoli (taki balkon wewnętrzny) jest magazyn rowerów. Używane części zamienne są posegregowane a narzędzia są w kilku kompletach wiec nie trzeba stać w kolejce po najczęściej używane klucze. Wybieramy rower dla Doroty - mała damka górska. Rower nam wyceniają na 20 eur + 13 eur wpisowe do klubu. Rower jest kompletny nie działają prawidłowo manetki - naprawiam na miejscu hamulec przedni i można jechać.

Po południu idziemy na spotkanie otwierające nasz kurs. W grupie mamy 17 osób - 5 z Polski, 7 z Włoch, reszta z Francji. Na spotkaniu poznajemy wykładowców, przedmioty oraz zasady zaliczania semestru zimowego. Mamy 2 przedmioty obowiązkowe a kolejne 5 musimy wybrać spośród 9 możliwych. Po spotkaniu idziemy na kampus aby zorientować sie w których budynkach mamy zajęcia. Po krótkiej wycieczce Christian (nasz wykładowca od Porous Media) przekazuje nam trzy wielkie torby z przedmiotami, które przezornie zostawili dla nas koledzy z Polski z zeszłego roku akademickiego. W tych torbach znajdujemy sporo potrzebnych rzeczy pierwszej potrzeby które zamierzaliśmy kupić - słowa podziękowania dla starszych kolegów!.

Następnego dnia znów nie udaje nam sie zarejestrować na uczelni ponieważ kasa jest zamknięta. Zostajemy na weekend bez loginu i hasła do Internetu. Wieczorem we trojkę wybieramy sie na Bastille. Wybieramy jednak złą trasę i natrafiamy na mur który nie da sie obejść. Ale i tak jesteśmy dość wysoko, wiec pstrykamy kilka fotek i czekamy aż miasto pogrąży sie w ciemnościach. W sobotę przed południem udaje nam sie połączyć z Internetem w hipermarkecie Geant. Weekend mija nam dość szybko. Wybieramy sie na spacer do pobliskiego lasu. Okolica jest bardzo malownicza. Grenoble w dolinie prezentuje sie dość okazale. W niedziele wieczorem wybieramy sie na spacer po starym mieście. W tym mieście ma się odczucie że się jest na południu Europy – charakterystyczne uliczki i budowle jak z obrazków rejonu śródziemnomorskiego. Jest to dość dziwne zwłaszcza, że jesteśmy w Alpach.

W poniedziałek o 8.00 mamy pierwsze zajęcia. Tu mogę wyszczególnić przedmioty jakie mamy na naszym kursie: Selcted Topics In Continuum Mechanics, Numerical Methods for Nonlinear Mechanics, Mechanics of damage and rupture, Advanced Soil Mechanics, Advanced Concrete Mechanics, Mechanics of Porous media, Advanced Experimental Geomechanics. A te na które nie uczęszczamy: Behavior of Geotechnical Structures, Durability and vulnerability of structures and associated risks, Advanced Rock Mechanics, Strain localization In Geomaterials, Dynamics of structures, Engineering Seismology. Wcześniej o tym nie wspomniałem a więc tu zaznaczę, że nasza grupa ma zajęcia prowadzone w języku angielskim.

Wykłady tu trwają rozkładowo 2 godziny zegarowe. Niektórzy prowadzący robią przerwę ok. 5min na której można wyjść z sali. Jak na razie nasi wykładowcy mają tendencję do przedłużania wykładów o 5-10min. Dzień studenta jest inaczej rozplanowany niż na polskich uczelniach. Zajęcia przed południem są od 8.00 do 12.15 (2 wykłady po 2 godziny), nastepnie jest przerwa na obiad do 14.00 – następnie zajęcia do 18 ( 2 wykłady po 2 godziny) lub do 20 jeśli ktoś uczęszcza na kurs języka np.

W poniedziałek nasz grupa miała test z języka angielskiego. Zdałem go na poziomie B2 – dla mnie miłe zaskoczenie tym bardziej że jestem w grupie nie najgorszy. We wtorek proszę Christiana o pomoc w reklamowaniu mojego komputera. Przed wyjazdem z Polski przygasł mi LCD do takiego stopnia że nie dało się normalnie pracować. Christan dzwoni do serwisu i załatwia naprawę na miejscu. Pozostaje tylko czekać.

Następnego dnia kupujemy rower dla Ewy. Miejska damka kosztuje 45 eur jest w bardzo dobrym stanie ale widać że od dawna nie używana. Sprawdzamy ceny w pobliskich marketach – Lidl jest najtańszy ale też nie wszystko jest najlepszej jakości, mamy też w okolicy supermarket ED i Geant. Ceny na żywność są ok. 1.5-2 razy większe niż w Polsce. Bagietka 0.7 eur, mleko 0.65, ziemniaki 0.3eur za kilo, ser ok. 10 eur za kilo. Na kampusie natrafiamy na pralnię samoobsługową: 2.5 – 5kg prania.

Pierwsze dni


Na dworcu czeka na nas Olivier - student z Grenoble który odbywał praktyki w Gdańsku. Dorota i Maria z Politechniki Gdańskiej były z nim wcześniej omówione. Olivier tłumaczy nam jak dojechać do naszego akademika, a także pomaga kupić bilety na tramwaj w automacie. Na szczęście przystanek, na którym musimy wysiadać ma taką samą nazwę co nasza rezydencja - Residence Condillac. Nazwa niech czytelnika nie zmyli - to nie ma nic wspólnego z rezydencją ani z Cadillackiem :). Budynek jest z końca lat 60 XX wieku - tzw. wielka płyta.

W recepcji mila pani sprawdza listę i oznajmia mi ze mnie na niej nie ma. Dodaje też, że o 20 będzie portier z polski i może z nim ustalimy tę niezgodność. Na moje szczęście na razie dziewczyny dostały klucze i pozwoliły mi wnieść swoje walizki do siebie.Pierwsze wrażenie o warunkach jakie panują w akademiku są mało przyjemne (widoczne na zdjęciach). Nie rozpakowujemy walizek i wymyślamy opcje ucieczki z tego lokum.

Portier polskiego pochodzenia wydaje mi pokój na tym samym półpiętrze na którym mieszkają dziewczyny. Nie dowiadujemy sie od Mariana (portiera) nic szczególnego ale podniesieni trochę na duchu postanawiamy jeszcze zostać - przynajmniej jedna noc.
Moj pokój okazuje sie być w trochę mniejszym stanie degradacji niż pokoje dziewczyn. Po lekkiej renowacji da się tu wytrzymać przez cały rok. Za tym akademikiem przemawia nie tylko cena (143 EUO) ale też i lokalizacja - nasz wydział znajduje sie dosłownie w stu krokach.

Następnego dnia ok 8.30 udajemy sie do administracji akademików. Tam udaje nam sie zameldować używając łamanej francuszczyzny. Kosztuje nas to bagatela 323 EUR= 180 kaucja zwrotna + 143 czynsz za wrzesień. Dostajemy tez skierowanie do biura ubezpieczeń aby ubezpieczyć swoje 9m^2. Następnie udajemy sie do budynku głównego UJF (Univesite Joseph Fourier). Na parterze dostrzegamy biuro Erasmusa: witają nas mile panie i szybko załatwiają potrzebna rejestracje w ich biurze. Dostajemy także torbę pełną przewodników, mapek i ulotek rożnych studenckich organizacji.

Następnie udajemy sie nasz wydział. Niestety nie zastajemy Pani, która sie zajmuje rejestracją wiec idziemy na spacer ponieważ akurat sie zaczyna przerwa obiadowa. Od 12 do 14 we Francji można pomarzyć o załatwieniu czegokolwiek - otwarte są jedynie hipermarkety, stacje benzynowe i niektóre apteki. Natomiast tylko i wyłącznie w tej przerwie są otwarte stołówki studenckie. Jedna z nich znajduje sie w naszym akademiku. Po przerwie udaje nam sie trochę posunąć do przodu sprawę rejestracji na uczelni - zdobywany różowa karteczkę.

Następnie nie zwlekając jedziemy do banku aby otworzyć konto. W centrum miasta wstępujemy do biura informacji turystycznej gdzie dostajemy adresy banków a także kserokopię planu miasta. Trafiamy do banku, który ma specjalna placówkę dla cudzoziemców - mamy obsługę po angielsku. Otwieramy konto bieżące oraz dwa konta oszczędnościowe. Dlaczego dwa? Otóż jedno jest przeznaczone dla młodzieży ma większe oprocentowanie ale limit środków, drugie ma niższe oprocentowanie ale bez limitu. Na razie podróżujemy po mieście tramwajem - bilet jednorazowy 1.4eur - bardzo drogo wiec zastanawiamy sie nad kupnem rowerów.

Podróż


Godzina 3.40: pobudka w rodzinnym domu. Szybkie sprawdzenie czy walizki pakowane dzień wcześniej są kompletne, pożegnanie z wyrwanymi ze snu domownikami i juz mogę ruszać. Autobus relacji Sanok Kraków o 4.20 mknie w porannej mgle a ja nadrabiam stracone godziny snu. Po ok 3 godzinach jazdy budzę sie i zauważam za oknem oprócz pochmurnego poranka jeszcze dość mizerną prędkość autobusu - poruszamy sie ok 5 km/h. Katem oka dostrzegam patrol policyjny który kieruje ruchem w stronę objazdu. Pytam kierowcę PKS czy wie o co chodzi odpowiada mi, że nie wie, gasi silnik i zapala papierosa. Stoimy przez ok 5 min. Proszę kierowcę o otworzenie drzwi, wyskakuje na pobocze i pokonuje kilkanaście metrów w deszczu do samochodu z długą antena na dachu. Kierowca czarnego BMW nasłuchuje radia CB i mówi, że wydarzył sie wypadek śmiertelny i możliwy jest jedynie objazd przez Gdów. Jedziemy przez ok godzinę w ślimaczym tempie. W Gdowie zatrzymujemy sie na ok 20 min.Zaczynam myśleć o zamówieniu taksówki aby zdążyć na autobus do Grenoble. Zostało 1.5 h do odjazdu. Nagle ruszamy i bez większych problemów mijamy Wieliczkę i juz jesteśmy w Krakowie. UFF.

Autobus z Krakowa do Grenoble jedzie ok 29 godzin. Po drodze zabieramy pasażerów w Katowicach, Gliwicach, Wrocławiu, Bolesławcu. Przekraczamy granice polsko-niemiecką ok godz. 20 i noc nam mija szybko na niemieckich autostradach. O godzinie 5.30 docieramy do Strasburga (Francja) gdzie czeka nas zmiana pojazdu. Wysiadamy aby na świeżym powietrzu zaczekać na autokar, który zabierze nas do Grenoble. Poranek jest dość rześki i czekanie zaczyna nam sie dawać we znaki. Zakładamy rękawiczki i czapki. Ok 7.00 zjawia sie w końcu nasz autokar. Tym autokarem, (który ma trasę przez Berlin) podróżują nasze przyszłe koleżanki z grupy: Ewa Dorota i Maria. Jazda nie jest aż taka mecząca jak myśleliśmy - kierowcy robią co kilka godzin przerwy na rozprostowani kości, papierosa i toaletę.
Ok godz. 16 dnia 16 września jesteśmy w końcu na miejscu. Miasto wita nas słoneczna pogodą i piękną okolica. Dookoła są góry a od wschodu szczyty są ośnieżone.